czwartek, 16 maja 2013

Rozdział 20 - "Rzeczy z poza Kręgu Życia"

Jeszcze jednego lwa opuścił sen. Brązowy wędrował samotnie, nieopodal Srebrnych Gór łączących się ze znanym mu wodospadem. Pech sprawił, iż właśnie spadł deszcz, a do jego domu było około osiem tysięcy kroków, wliczając częste zatrzymywanie się z powodu stromych stoków. Lew wszedł w niewielką szparę osłoniętą liśćmi, tworząc dach. Ułożył się w końcu szczeliny, dziwił się jednak z powodu wyglądu schronienia. Nagle ujrzał postać, przypominającą ogromnego ptaka wielkości gazeli. Tinn wstał i przybliżył się do owej, tajemniczej istoty. Szybko tego pożałował, gdyż ujrzał zwierzę o ciele młodego gnu, wielkich, orlich skrzydłach, ogonie geparda, łapach niedźwiedzia, paszczy krokodyla i wielkich, przekrwionych, żółtych ślepiach, które paliły się jak zapałki. Nastolatek zadrżał ze strachu. Bestia, rozjuszona na jego widok, zamachnęła się i walnęła go w lewe oko. Cios był mocny, ale nie przetrącił czaszki, a szramy które powstały, wcale nie krwawiły. Inne zwierzę zadając taki sam cios mogło doprowadzić do jego śmierci.
Potwór nie zaatakował ponownie, widząc brak agresji ze strony Tinn'a. Brązowy zaś stał sztywny, nie potrafił się ruszyć z bólu. Nagle, błysnął piorun, bestia zniknęła, a na jej miejscu stała piękna, biała lwica. Posiadała bursztynowe oczy, a na czole różowy symbol, podobny do hełmu z ozdobnymi rogami.
Wyraz pyska nie krył jednak złości i jednoczesnego strachu z jej strony. Nastolatek podszedł do niej dwa kroki bliżej, ta odskoczyła i syknęła:
- Nie zbliżaj się do mnie, kimkolwiek jesteś! - machnęła ogonem i (zapewne z ciekawości) podeszła wolnym krokiem do samca. - Czego szukasz w moim obozie? O ile wzrok mnie nie myli, nie należysz do Sainów.
- Do Sai... czego? - wydukał Tinn. Był całkowicie rozkojarzony. Nie wiedział, to omamy, czy prawda?
- Nie ważne... - burknęła. - Bardziej obchodzi mnie odpowiedź na to pierwsze pytanie. Powtarzam, co robisz w obozie mojego stada?
- Obozie? - dopytywał. - Nie wiedziałem... w sensie, teren nie był znaczony.
- Nie był? Ach, no tak, masz prawo nie wiedzieć. Do rzeczy i na przyszłość, swoje wciąż aktywne obozowisko znaczę dachem z liści palmowych, takich jak tu. - wskazała pazurem na zieloną osłonę przed deszczem.
- Czułem, że to nie może być przypadek! - odrzekł Tinn. Biała zaśmiała się i stuknęła go w czoło.
- Nic, nigdy się nie dzieje przypadkiem.
- Taa... to dosłownie jakbym słyszał swoją mamę. - przypomniał sobie wszystkie wpadki z których tłumaczył się: "To było przypadkiem".
- Twoja matka jest Sainką? - zapytała lwica.
- Gdybym potrafił odpowiedzieć na to pytanie... - zmieszał się. - Kim są właściwie ci Sainowie?
- To zapytam inaczej, czy twoja matka wyróżniała się kiedyś jakimiś specyficznymi zdolnościami? Albo wygląda inaczej, niż inne lwy? - brązowy pokiwał łbem. - W takim razie musi być bardzo mądra lub zgłębia wiedzę Sainów, skoro wie, że przypadek nie istnieje. - wytłumaczyła. Mimo wszystko lew niczego nie zrozumiał. Zaraz zmienił temat.
- Jak w ogóle masz na imię? - padło pytanie. - Ja jestem Tinn.
- Miło mi. - zarumieniła się. - A ja Hodari*. No, ale dosyć gadania, muszę się zabrać do roboty, za nim wróci stado. - po czym, wyjęła ukryte przed wejściem do jaskini gałęzie, które złożyła w jednym miejscu. Najciekawsze było jednak to, że nagle z jej ślepi buchnął ogień i padł prosto na gałęzie, tworząc ognisko. Nastolatek przełknął głośno ślinę, jak każde dzikie zwierze bał się ognia. Biała za to poszła po upolowaną, młodą zebrę i zaczepione o jej ciało zioła oraz postawiła je przy płomieniach. Nadstawiła uszy i przestała nucić pieśń, którą przez krótką chwilę podśpiewywała.
- Co tak w sumie robisz? - zapytał samiec.
- Cii! - warknęła Hodari i dalej nasłuchiwała. Wkrótce, dało się usłyszeć czyjeś kroki. A jeszcze później już nawet ujrzeć. Nadeszła niewielka grupka lwów, większość była obdarzona białym lub szarym futrem, trzy z nich były brązowe i jedna czarna lwica. Na ich czele stał dość spory, szary lew w srebrne wzory, głównie w półksiężyce. Biała podbiegła doń, wtuliła w czarną grzywę i szepnęła coś do ucha. Następnie zwróciła się bardzo miłym i słodkim głosem do Tinn'a:
- Chcesz jeść?
- Erm... - zastanowił się, po czym zaraz palnął: - TAK!
Biała podeszła do ogniska, odczepiła kawałek zebry, dodała do niej kilka ziół oraz główek kwiatów i podłożyła nastolatkowi. Ten prędko rzucił się na martwe zwierzę, lecz z każdym kęsem chciało mu się bardziej spać. Sam nie wiedział, dlaczego. Ogień wydawał mu się być taki ciepły w przeciwieństwie do temperatury na zewnątrz, zatem ziewnął i usnął.
*
- Jesteś pewien, że zasnął?
- A co? Nie widać? Wygląda prawie, jak martwy!
- Właśnie... obawiam się, że trochę przesadziłam z ziołami nasennymi. 
- Nim się nie przejmuj! Lepiej szybko się stąd zwińmy, żeby jego stado nas nie złapało.
- Spokojnie, nie złapią nas. Z pewnością wszyscy śpią. Tylko zastanówmy się... jak go wziąć? 
Tak oto dyskutowali sobie Hodari i ów szary lew w półksiężyce. Rozmawiali właśnie o Tinnie. Biedak, niestety biała lwica podtruła go ziołami, po których zaraz się zasypiało, na jakieś dobre dwa dni. 
- Mam swoje sposoby. Zwołaj dwa najsilniejsze lwy z mocą wiatru. Niech zmienią się w konie i ponoszą go na swoich grzbietach. - rzekł szary.
Busara
- Taa... i to jest twój "genialny" plan? - zapytała ironicznie Hodari. Ten zaśmiał się.
- Ha! Nie znasz mnie, siostrzyczko. Ja, Busara**, wielki pan wszystkich żywiołów księżyca zapewniam cię, że głupim, starym lwem jeszcze nie jestem!
- Starym może nie, ale głupim na pewno!
- Już dobrze, dobrze! - warknął szary. - Czekaj na swojego inteligentnego brata i lepiej zajmij się tym, co ci kazałem! - i wybiegł. Powrócił jednak prędko, bo po zaledwie trzydziestu sekundach, z masą lian i pnączy w pysku. W jaskini zaś czekały już dwa lwy, zamienione w konie.
- Gdyby obudził się zanim dojdziemy do jakiejś jaskini w górach i tak nie ucieknie. Zwiążcie go! - rozkazał i rzucił stado swoje znaleziska. Lwy od razu zabrały się do roboty, zaś biała lwica wzięła Busarę na stronę i wycedziła przez zęby:
- Tobie już na prawdę coś się stało z rozumem.
- O co ci znowu chodzi? - dopytywał.
- O co? O CO?! Traktujesz tego lwa jak śmiecia. - zawołała.
- Podobnie, jak każdego zwykłego przedstawiciela tego gatunku! Nie rozumiesz? Sainowie i lwy to śmiertelni WROGOWIE! - podkreślił swoją rację.
- Tak, ale mimo to, nawet go tolerujesz! - powiedziała. Busara zamilkł. Zaraz otrząsnął się i mruknął:
- Owszem. Ty jednak, w przeciwieństwie do mnie, zachowujesz się, jakbyś się w nim zakochała! - i posłał jej szyderczy uśmieszek.
- Cicho! - warknęła Hodari. - Zobacz, czy stado się dobrze sprawuje i w ogóle, chodźmy już stąd!
W tym czasie, lwice uczyniły to, co rozkazał im szary i po nie długim czasie zabrali się z jaskini. Wyruszyli ku szczytom Srebrnych Gór.
-------------------------------------------------
*Hodari - siła
**Busara - rozsądek

wtorek, 30 kwietnia 2013

Rozdział 19 - "A mówią, że miłość nie wybiera"

Szary samiec wpadł w furię. Z premedytacją, wysunąwszy pazury, zadał purpurowej lwicy ostry cios w polik, na którym ukazały się trzy, mocno krwawiące pasy. Z nienawiścią spojrzała na Kahawę, sapnęła i uśmiechnęła się szyderczo. Karmazynowa grzywka rozmazała po jej pysku maź, językiem oblizała wargi i wyszczerzyła kły. Oczy płonęły jakby z szaleństwa. Nic do niej nie docierało, a ona nie przejęła się ciosem.
- PO CO TO ZROBIŁAŚ?! - ryknął lew, ściskając swoje szczęki. Brał długie, głębokie oddechy, ukazujące jego wściekłość.
- Po co? Po co! Pha! - zaśmiała się Febe. Wtuliła w grzywę księcia i szepnęła mu do ucha: - To była zemsta! A teraz płynie ku mnie rozkosz z tej zemsty. - Kahawa brutalnie odepchnął samicę od siebie, jednocześnie tworząc jej na nosie małą szramę. Ta warknęła ostrzegawczo i również wysunęła swe długie, lśniące szpony.
- Skrzywdziłaś nie tylko mnie, ale Estrellę! Przez ciebie, straciłem ją na zawsze, a ja ją kocham! ROZUMIESZ?! - krzyczał. Lwica zasłoniła swój chytry uśmiech ogonem, a po chwili zaczęła niewinnym głosem:
- Ach! Nie wiedziałam, że nasz słodki książę jest taki delikatny i... zdolny do miłości! Ha ha!
- Nienawidzę cię! - wycedził przez zęby. - Wynoś się sprzed moich oczu! - Febe zmierzyła go lodowatym wzrokiem, w którym nie kryła się nienawiść. Turkusowe tęczówki połyskiwały w blask srebrnej poświaty. Ale nie protestowała. Okrążyła samca i skryła się w cieniu puszczy. Była zadowolona i usatysfakcjonowana. To był jednak początek. Pierwsza rana już rozdarła serce Estrelli. Już wkrótce miała zadać kolejną.
*
Szary samiec zaś wspiął się na drzewo, przysiadł na grubej gałęzi i spojrzał ku niebu. Sam uwierzył w swoją winę. Jak mógł tak skrzywdzić swoją ukochaną lwicę? Westchnął. Cóż miał zrobić? Ona już go nie wysłucha, nigdy nie wybaczy.
- To moja wina... to moja wina... - szeptał, a do ślepi napłynęły mu łzy. Nagle, czyiś szorstki dotyk otarł krople spadające po jego policzku. Kahawa spojrzał na tajemniczą istotę. Była to brązowa lwica, z drobną grzywką, karmazynowymi ślepiami i obdarzona polikiem zawierającym fioletowe znamię w kształcie serca. Znał ją. Pocieszycielka... jedyna która go pocieszała kiedy Est zniknęła. Jak mógł zapomnieć!
- Upendo...? - zapytał, pociągając nosem. Ta posłała ku niemu przyjacielski uśmieszek. - Co ty tutaj robisz?
- Zwinęłam się... - rzekła lwica. - A jednak, nie ja jestem teraz najważniejsza. Powiedz mi, czy na ciebie jest jakieś lekarstwo? Estrelli nie ma - źle, Estrella wróciła - jeszcze gorzej. Masz, powinno jakoś pomóc. Przynajmniej działa na nerwy. - ukazała mu mięso, owinięte w jakieś dziwne zioła, których liście wyglądały, jakby oszronione. Szary z trudem przełykał kawałek, po kawałku, ale trochę się uspokoił. Płacz ustał.
- A teraz odpowiedz mi na jedno, proste pytanie... - dodała Upendo.
- Jakie?
- Czy wtedy, kiedy Estrella was nakryła, ty faktycznie chciałeś całować się z Febe? Chciałeś tego?
- Oczywiście, że nie! - krzyknął lew. - Ja nawet jej nie kocham, a poza tym... zaraz! Skąd ty właściwie to wszystko wiesz?!
- Jestem miłością. Tylko, że w lwim ciele. Wiem i widzę WSZYSTKO. Ale do rzeczy... jeśli tak, to nie masz się czym martwić. - powiedziała z kompletnym spokojem lwica. Przez chwilę fioletowe oczy samca sztywno wpatrywały się w nią. Miłość? W lwim ciele? Coś tu jest nie po kolei. Ciekawość młodego nie wzięła jednak góry nad rozsądkiem.
- Więc... hej! Skoro jesteś miłością, to może pomożesz mi odzyskać Est? Oczywiście, jeśli chcesz. - mruknął z nadzieją Kahawa. Miał szansę.
- Owszem, pomogę ci... - zaczęła Upendo.
- Uff... to dobrze! - przerwał jej.
- ... ale nie obiecuję, że coś wskóram. Możemy też wyjść na zero. Nie licz, że uda się na pewno. Zgadzasz się?
- No ba!
- Choć. Teraz ukarzę ci pierwszy punkt mojego "programu". - oznajmiła, po czym zmieniła się szkarłatnego świetlika i zostawiając za sobą jasną smugę, poleciała w kierunku, w którym wcześniej szła Estrella. Kahawa popędził za nią. Zatrzymali się nieopodal środka polany. Owad ponownie przybrał postać lwicy, nakazała się  zakraść lwu w trawie i pokazała kierunek, w którym ma patrzeć. Co ujrzał? Est i jakiś tam Shadem, o którym prawie nic nie wiedział, spacerowali po polanie, wtuleni do siebie, a z ich szeptów dało się słyszeć konkretne zdanie:
- Kocham cię... - nastolatek ponownie wpadł w furię. Chłodnym wzrokiem spojrzał na Upendo.
- Miałaś mi pomagać w przekonaniu do siebie Est, a nie w poróżnieniu nas! - warknął.
- A co ja robię?! - odrzekła brązowa. - Pokazuję ci, że twoja kochana na razie znalazła sobie szczęście. Na razie. Więc, póki co, przestań o niej myśleć. W gruncie rzeczy, w niedalekiej przyszłości coś powinno się wydarzyć. Coś, co zmieni twoją pozycję w tej sytuacji. Jednak teraz, damy sobie spokój. Jutro, o zmierzchu, spotkajmy się pod tamtym baobabem co dzisiaj. Dam ci kilka nowych wskazówek. - wytłumaczyła brązowa. Miała odejść, lecz jeszcze zatrzymała się i dodała: - A, jakbyś już tak strasznie tęskił za Estrellą, idź do tego baobabu i usilnie wpatruj się w jego korę u jego podstawy. Powinieneś tam zobaczyć tą lwicę, którą kochasz. Do jutra! - zmieniła się w czerwono-złotego ptaka, pomachała szaremu skrzydłem i odleciała, znikając w pierwszej chmurze.
-----------------------------------------------------------------
Przejrzałam komentarze z poprzedniej notki. Większość pisała, że Kahawa jest tutaj głównym winowajcą. Jak widać, jest inaczej :) Pozdrawiam!

sobota, 27 kwietnia 2013

Rozdział 18 - "Złamane serce"

Na skalnej półce wypoczywał szary samiec, a tuż obok niego brązowy. Niczego się nie spodziewali, a mimo to poranny wiatr przygnał wieść o powrocie jednej z lwic z ich stada.
- Też coś czujesz Kahi? - zapytał brązowy.
- Nie, co? - dopytał drugi. Co prawda za czasów swego dzieciństwa, Tinn i Kahawa stali się wrogami do szpiku kości, tylko przez to, co powiedziała Febe. Obu przyświecał jednak jeden cel - odnalezienie Estrelli. To sprawiło, że konflikt pomiędzy nimi został zażegnany.
- Mam dziwne uczucie... jakby Est do nas wróciła... - odparł syn Haki.
- Widziałem ją, niedaleko Rajskiej Doliny! - zerwał się szary.
- Jak to?! KIEDY?! - krzyknął Tinn.
- Wczoraj!
- Tak?! To szybko! Znajdźmy ją i przyprowadźmy!
- Już was wyprzedziłam! - zawołał czyiś wesoły głos. Była to niebieskooka, młoda, która przybyła wraz z drugą brązową, tylko starszą. Czy to aby...
- Estrella! - wrzasnął jej brat. Podbiegł doń i objął siostrę łapą. Kiedy ją ostatni raz widział? Pocałował ją w czoło i szepnął: - Wróciłaś... na reszcie!
- Est?! Jak ty znalazłaś tu drogę?! - uśmiechnął się książę.
- Mam swoje sekretne ścieżki! - powiedziała młoda. Radość... całe stado zebrało się, aby na ponów ujrzeć zaginioną. Z dala obserwowała ich purpurowa. Zacisnęła zęby. Z drugiej strony... po ostatniej rozmowie ze swoim "zleceniodawcą" to może i nawet dobrze. Wpadła na pomysł. Uczyni to! Dziś w nocy...
*
Noc. Głos wiatru nakazywał młodej lwicy zbudzić się, wstać i wyjść. Uczyniła to, z brakiem wszelkiej przyjemności, choć sama nie wiedziała, po co się obudziła. Podmuchy tajemniczej istoty, ruszyły niby wyznaczonym przez los szlakiem, zaś ona za nią. Przechodząc przez wysokie trzciny, suche i nasączone wodą trawy, zatrzymała się przed wielkim baobabem - symbolem nie zbitej przez nic przyjaźni między nią, a Kahawą. Szmer ustał, lecz tempo bicia serca w piersi lwicy przyspieszyło. On... on tam był! Razem z tą podłą zdrajczynią Febe! I oni... oni... całowali się! Obejmowali i całowali z namiętnością, jak gdyby cały świat przestał dla nich istnieć. Nerwy jej puściły. Wyskoczyła z krzaków i wolnym krokiem zbliżyła się do ów pary. Lew dostrzegł ją i odepchnął od siebie niebieskooką. To i tak nic nie zmieniło. Estrella wymierzyła mu siarczysty policzek i z łzami w oczach odbiegła. Przed tym jeszcze wykrzyknęła doń:
- JAK MOGŁEŚ TO ZROBIĆ?!
- Est, ja... Est poczekaj! - wołał za nią. W niczym to nie pomogło. Ona szybko zapuściła się w gęstą, zieloną otchłań traw. Płakała. To był jej przyjaciel... BYŁ. Już nigdy nim nie będzie, już sobie to przysięgła. A wkrótce się zemści. W jej głowie rodziły się przeróżne mieszanki myśli - złość, smutek, nienawiść... Skuliła się pośród mokrej trawy i rozpłakała się na dobre. Zdawało się, że wypłakała wszystkie łzy, a mimo to łkała dalej. Zakryła pysk łapami. Kolejny szelest. Lwica miała tego dość. Nawet nie drgnęły jej uszy.
- Est? To ty? - usłyszała, choć nie wyraźnie, zagłuszona swoim płaczem. Wydając z gardzieli rozwścieczony ryk, podniosła się i rzuciła na tajemniczego osobnika, spodziewając się, że to Kahawa. Dwójka skłębiła się w nie powstrzymanej przez nic walce, mrok sprawiał, iż ona nie widziała nawet z kim walczy. W tym momencie, nie miało to jednak znaczenia. Przeciwnik przygwoździł młodą do ziemi, choć próbowała się mu wyrwać, nie miała siły. Zamiast ujrzeć parę fioletowych oczu, dostrzegła czarujące bursztynowe. Już je kiedyś widziała... Zaraz, jak on miał na imię?
- Shadem? - wydukała.
- A niby kto? - zaśmiał się. Zszedł z przyjaciółki. Zielonooka powstała i spojrzała nań. Ten zaczął wylizywać łapę, z drobnej plamki krwi.
- Coś ty taka zła, hmm? - powiedział, zerkając na nią podejrzliwie. Początkowo młoda nie chciała tego mówić. Shadem był jednak jej przyjacielem, musiała być w stosunku do niego szczera.
- Jeszcze kilka chwil temu, mogłabym przysiąc, że go kocham. A teraz? Mogę go tylko nienawidzić. Znalazł sobie nową zabawkę, Febe. Teraz ja, nie jestem nic warta. - żaliła się.
- O kim ty mówisz? - warknął zniecierpliwiony.
- Kahawa... - rzekła bez uczuć. Aż z trudem przeszło jej to imię przez gardło. Ponownie się upuściła kilka łez. Złoty podszedł doń i otarł jej łapą polik, pozbywając się ich. Brązowa wtuliła się w nią. Potrzebowała kogoś, kto by ją pokochał, kogoś, komu mogłaby zaufać. Nie chciała teraz robić tego, lecz nie potrafiła się powstrzymać. Pocałowała Shadem'a. Czerwonooki nie wiedział jak się zachować. Mimo wszystko... on również kochał Est. Nie protestował. Po skończeniu owej czynność, niebieskooka ponownie wybuchnęła płaczem. Próbowała odbiec od Złoziemca, lecz ten chwycił ją za łapę. Przewrócił lwicę; stanął nad nią, patrząc prosto w oczy.
- Kocham cię, ma chérie...- szepnął jej do ucha. Liznął jej policzek. Ta spojrzała nań zdziwiona. Kochał ją? Ale jak mogła mu zaufać? Jeśli będzie tak jak z Kahawą? Zapomniała o tym. Polizała jego ranę na łapie i odparła:
- Ja ciebie też...

sobota, 20 kwietnia 2013

Rozdział 17 - "Kłamstwo odeszło, a na niebie ukazała się jeszcze jedna gwiazda"

Minęło kilka miesięcy. Brązowa ocknęła się. Nie była już lwiątkiem, była starsza, była nastolatką. Do pewnych rzeczy zdołała się przyzwyczaić. Między innymi do tego, że mieszka w Rajskiej Dolinie, jej matka nosi w duszy Vivulię.... z czasem zdążyła się z tym pogodzić. Wyszła z jaskini i udała się poza granicę Rajskiej Doliny do pobliskiego wodopoju. Ktoś ją zdołał wyprzedzić. Do jeziora przybliżył się szary samiec, obdarzony szkarłatną grzywą. Nie miał znamion. Est zakradła się w gęstej trawie, okalającej pobliskie tereny. Skoczyła i poturlali się nieco dalej. Ta powaliła go na ziemię. Miała doświadczenie w walkach, po wielu treningach jakie odbyła z Hasirą i innymi lwami oraz lwicami.
- Kto ty jesteś?! - warknęła.
- Raczej, kim TY jesteś! - odrzekł lew.
- Nie lubię nawiązywać nowych znajomości, zatem będę się streszczać. Jestem Estrella. - mruknęła schodząc z przeciwnika. Ten spojrzał na nią zdziwiony swoimi fioletowymi oczami.
- TA Estrella? - zapytał.
- Jeśli już jakąś znasz, to przepraszam za kłopot! - mruknęła arogancko.
- A mówi ci coś imię Kahawa? - Est zatrzymała się. Zerknęła podejrzliwie na szarego. Nie... to nie mógł być on! Chociaż... ta sierść, te oczy...
- Książę Wodnej Ziemi, syn Barafu? - ten uśmiechnął się. Odnalazł swoją miłość... Na reszcie! Niebieskooka rzuciła się do niego i przytuliła do szkarłatnej grzywy. - Skąd ty tu...? - szepnęła.
- Mam swoje sekretne ścieżki. - puścił brązowej oczko. - A ty? Czemu nie wracasz? - ta zamilkła. I co by tu powiedzieć? Przecież nie może wtajemniczać kogoś, kto nie jest Sainem.
- Nieważne... Er... Spójrz! Za tobą! - krzyknęła. Szary odwrócił się. Ujrzał dwa lwy z włóczniami nadciągające ku niemu. - To strażnicy! Musisz uciekać! Proszę!
- Zobaczymy się jeszcze? - westchnął.
- Zobaczę co da się zrobić! Biegnij! - rzuciła szybko i pomknęła do bram Rajskiej Doliny. Kahawa ruszył w stronę własnego królestwa w nadziei, że ponownie ujrzy twarz lwicy, którą kochał. Wierzył w to...
*
Do dość wysokiej skały zakradła się purpurowa lwica. Na jej środku leżał jakiś lew. Szturchnęła go łapą, a ten wybudził się. 
- Co jest?! - warknął. Zielonooka westchnęła i rzekła smętnie:
- Zawiodłam cię, panie... Dziedzic... dotarł do Rajskiej Doliny...
- CO?! - zaryczał, po czym przygniótł ją do twardej ziemi. - KIEDY ON TAM DOTARŁ?!
- Jakieś dobre dziesięć miesięcy temu! - powiedziała. Samiec przydusił ją. Wyszczerzył kły. 
- Masz go sprowadzić do swojego stada i zabić! Albo ty go zabijesz... albo ty umrzesz próbując to uczynić! ŻADNEJ INNEJ OPCJI!
- Taaaak, paaaanieee... - wyszeptała ostatkiem sił. Ten puścił jej gardziel i zszedł z niej.
- Wynoś się, już! - ryknął. Purpurowa odeszła. Była przerażona, a jednocześnie wściekła. Kto ma sprowadzić dziedzica? Ona nigdy go nie nakłoni! Ale Kahawa... 
*
Estrella wracała do swego legowiska. Nagle, ujrzała coś dziwnego. Tłumy zebrały się przed nią i zawołały:
- Niech nam żyje jak najdłużej! - ta zdumiona spojrzała nań.
- O co chodzi? - zapytała.
- No jak to, o co? - zaśmiała się Maisha, wychodząc z grupy. - Przecież to już minął rok od twoich narodzin! - ta zarumieniła się.
- Pamiętaliście...
- Zawsze będziemy pamiętać. - uśmiechnęła się doń Hasira. 
- Na dzisiejszy wieczór zaplanowaliśmy lwi bal. Każdy musi sobie znaleźć partnera do tańca. Zadanie o tyle utrudnione, że musi to być ktoś przeciwnej płci i z innego stada. Wiesz, każda urodzinowa uroczystość, to jednocześnie coś w rodzaju nowego sojuszu pomiędzy grupami. - oznajmiła cętkowana lwica. Niebieskooka zamyśliła się. Ma okazję znowu zobaczyć Kahawę. Już wiedziała, kto będzie jej partnerem do tańca. Z zamyślenia wyrwał ją znajomy okrzyk:
- Hej! A czy to imprezy mogą dołączyć starsi? - to była oczywiście Mwen. Stado niechętnie mruknęło:
- Tak... - jakby chcieli jeszcze dodać "niestety". Rozeszli się, aby przygotować się do wieczornej uroczystość. Est uśmiechnęła się chytrze pod nosem i pobiegła ku Wodnej Ziemi.
*
Kahawa i Estrella
Pora mroku... wszyscy byli przygotowani. Nawet (ku zdziwieniu wszystkich) Mwen znalazła sobie partnera; był to również stary lew ze Stada Powietrza. Wszyscy zniecierpliwieni oczekiwali by ujrzeć partnera Est. Ze skały przypominającej jakby "schody" zeszła wreszcie brązowa. Towarzyszył jej szary samiec. Zaczęło się. Każdy tańczył w tłumie. Estrella nigdy nie czuła się taka szczęśliwa. To chyba było jej najpiękniejsze przeżycie. 
- Wiesz... chodźmy na chwilę. - poprosiła Kahawę niebieskooka. Odeszli na chwilę. Ku zdumieniu szarego, ta przytuliła się do niego i szepnęła: - Tęskniłam za tobą...
- Ja też... - odparł. Czuł się... niesamowicie! Dziękował wszystkiemu co go otaczało, za to, że znów mógł ją zobaczyć... Swoją miłość. Nagle, dostrzegł coś, przez co stał się niespokojny. Zauważył, że jakaś lwica dziwnie się mu przygląda. Odepchnął od siebie brązową.
- Coś się stało? - zapytała zdziwiona. 
- Nic... - westchnął, jakby zaraz miał zwymiotować. - Muszę już iść. To był świetny wieczór, dziękuję ci Est... pa. - cmoknął ją w czoło i odbiegł. 
- Pa... - szepnęła sama do siebie niebieskooka. Weszła do swojej groty i ułożyła się jej kącie. Nie chciała wychodzić. Przynajmniej bez Kahawy. Za nią weszła do jaskini Hasira. Usiadła przy niej i powiedziała z uśmiechem:
- Jak impreza?
- Może być... - mruknęła Est. 
- Słuchaj... - zaczęła dość dziwnym teraz tonem lwica. - pamiętasz... eee... jak przyszła tu twoja matka i... no wiesz? 
- Wolę tego nie pamiętać! - warknęła. - Nie chcę mieć Vivuli w rodzinie! 
- Ja... okłamałam cię... Twoja matka nie jest dotknięta Klątwą Cieni... 
- CO?! Ale... dlaczego?! - zapiszczała brązowa, wstając. - Po co to powiedziałaś?!
- Chciałam cię tu zatrzymać! 
- PO CO?!
- Jesteś nam potrzebna! Bardziej niż myślisz! Nie chciałam cię po prostu stracić...
- Ale właśnie ci się udało! Żegnaj! - zaryczała nastolatka i wybiegła z jaskini. Płakała. Najlepszy dzień jej życia... zrujnowany. Jak zwykle! Czego się spodziewała? Że kiedyś zazna spokoju? Ha! Nigdy! Jej życie to... nie ważne... Jedno wiedziała na pewno. Musi wrócić do domu. Zamiast iść przez Złą Ziemię i Mroczne Królestwo pobiegła dżunglą. Był to skrót. Na szczęście. Zaraz, kiedy zakończył się jej szlak wpadła na otwarty teren. Przed nią roztaczał się widok, na wejście do jaskini. Upał sprawił jednak, że stado spało wyjątkowo na zewnątrz. Młoda rozejrzała się pomiędzy lwicami. Dostrzegła swoją mamę. Spała wtulona do Barafu. Szturchnęła brązową łapą. Haki nie wydając żadnego dźwięku przygniotła nieświadomie córkę do skały i warknęła:
- Kim jesteś i czego tu chcesz?! 
- Uspokój się... - zaczęła Est.
- Nie będziesz mnie pouczać! Mów, kim jesteś! - warknęła. 
- Nie pamiętasz mnie?! To ja, Estrella, twoja córka! - zawołała. Ta uspokoiła się. Zeszła z niej i wlepiła oczy. Coś sobie przypomniała. Mały obraz, wiele miesięcy temu... tak! To była ona!
- Estrella! Córeczko żyjesz! - zawołała ze łzami w oczach dawna królowa Lwiej Ziemi i polizała córkę. 
- Heh! Cześć mamo! - uśmiechnęła się niebieskooka. Może jednak kłamstwo, które wyszło na jaw, nie było, aż takie złe? Trudno, przeminęło z wiatrem. Na niebie zaś ukazała się jeszcze jedna gwiazda. Kolejna dusza powróciła do harmonii Kręgu Życia...
-------------------------------------------------------------------
Wybaczcie, że tak dawno nie było rozdziału, ale niestety... brak czasu. Przepraszam za swoją nieobecność i mam nadzieję, że tak długim rozdziałem nadrobiłam czas ;)

piątek, 5 kwietnia 2013

Rozdział 16 - "Obłąkana lwica"

- Mamy was! - szepnęła brązowa lwica. Szary lew, który jej towarzyszył odrzekł:
- Nie chwal dnia przed zachodem.
- Przecież jest wieczór! - zaśmiała się i wtuliła do szkarłatnej grzywy samca, po czym polizała jego policzek. Zaraz spoważniała. - Mam nadzieję, że dziś odbiorę sobie swoją córkę. - zielone oczy lwa wbiły się w ziemię. Westchnął, po czym wydał rozkaz swojemu stadu. Zbliżyli się do śpiących. Strażnicy ich nie zauważyli, mieli świetny kamuflaż. Byli blisko karmelowej, w której objęciach leżało brązowe lwiątko. Haki delikatnie spróbowała wyciągnąć młodą, lecz jej opiekunka nie była głupia. Obudziła się. Wpadła w szał na widok szarego. Zaryczała.
- Precz! Łapy z dala od niej! - warknęła, zasłaniając Est. Reszta stada Sainów zerwała się i podbiegła ku nowym przybyszom. Na czele ich, stanął Kosa jako najpotężniejszy z tego stada.
- Czego chcecie? Nie wyglądacie na Sainów. - rzekł brązowy, z największym spokojem na jakiego było go stać.
- Przybyliśmy po moją, porwaną przez Hasirę córkę! - wyszczerzyła kły Haki. Ogon latał jej na wszystkie strony. Młoda była przerażona tym zamieszaniem. Po takim odstępie czasu, ujrzenie matki. Co ona tu właściwie robi? Po co tutaj przyszła? Żeby znów ją dołować i poniżać?! W głębi serca czuła jednak, że matka bardzo ją kocha. Co ona najlepszego zrobiła?! Rzuciła się ku stadu Wodnej Ziemi, z piskiem:
- Mamusiu! Zabierz mnie stąd!
- Estrella! - krzyknęła brązowa. Chciała przytulić córkę... już dawno tego nie robiła. Hasira posiadała jednak lepszy refleks. Zdążyła złapać swoją podopieczną za kark i przyciągnąć ku sobie. Szepnęła jej o ucha:
- Nawet nie próbuj! - odpowiedział jej płacz.
- Zostaw mnie! - wrzasnęła i spróbowała się wyrwać. Ta nie puściła jej, tylko zacisnęła ucisk.
- Oddajcie nam ją, a nie będzie walki! - oświadczył Barafu.
- Jest nam potrzebna bardziej niż myślisz! - odparł bez uczuć brązowy.
- W takim razie, walka! Atak! - zaryczał szary i rzucił się na Kosę. Lwice również rzuciły się na swoich przeciwników. Walka była uczciwa. Sainowie nie okazali teraz swych groźnych mocy. Spadł ulewny deszcz. Krople próbowały zmyć następne plamy krwi. Bezskutecznie. Opiekunki lwiątek, czyli Hasira oraz jej dwie przyjaciółki - Lulu i Shetani wraz ze wszystkimi młodymi w swym stadzie i jedną, starą ględzącą lwicą wspięły się na bezpieczny głaz. Kiedy owa stara lwica, obdarzona siwo-białą sierścią ujrzała walkę, zawołała:
Mwen
- Impreza! Zaczekajcie na mnie! - i zbiegła z głazu. Gdyby nie Shetani, uciekłaby i dołączyła do bijatyki. - Niczego mi już nie wolno! - burknęła. Usiadła na głazie, uparła o niego głowę i burczała coś pod nosem.
- Kto to jest? - zapytała po cichu Est.
- Mwen*. - odrzekła Hasira. Delikatnie stuknęła młodą w głowę, po czym rzekła jadowicie: - Co miały znaczyć te ucieczki?
- Tęsknie za mamą... - szepnęła.
- Za nią?! Ona wyrządziła ci tyle krzywdy, a ty chcesz do niej wracać!
- Ale...
- Cicho! Ona tu przyszła, bo jest opętana przez Vivulie. Kiedy tylko dasz się jej złapać, odda cię w łapy Mabay'ego. A potem, zanim nawet zdążyć wypowiedzieć skrót twego imienia, będziesz martwa! Lepiej będzie, jeśli tu zostaniesz. - nagadała jej. To były kłamstwa, a niebieskooka w to uwierzyła. - Zostańcie pod opieką Mwen, my idziemy walczyć. - dodała karmelowa, po czym cała trójka lwic zbiegła.
- Nawet nie zapytały mnie o zdanie! - warknęła biała.
- No cóż... tak już jest ze starcami. - powiedział jakiś czerwony lewek.
- Zamknij paszczę, Nyru! Twojej mamusi tu nie ma... - syknęła, wpatrując swe oczy, chłodem który przeszył młodego. - Jako, że jestem twoją opiekunką, mam prawo cię nawet zabić...
- To chyba prawda, że na starość gniją mózgi! - zakpiła Maisha, podchodząc do niebieskookiej młodej. Mwen wydała groźny ryk, patrząc na ową lwiczkę, która rzekła te słowa. Jej tu nie wzruszyło. Estrellla spojrzała zaś ku polu walki. Zastanawiała się nad słowami Hasiry. Może ma rację? Po co zresztą miałaby ją kłamać?! Usłyszała kolejny ryk białej. Patrzyła w niebo i darła się:
- CAŁY TEN ŚWIAT TO OBIBOKI I OSZOŁOMY! JAK JA ZARAZ DO... - zaczęła.
- Mwen, nie kończ! - warknęła Est. Stara spojrzała ku niej. Uprzejmym i miłym tonem, szepnęła:
- Dziękuję...
- Ona faktycznie ma jakieś "ku-ku". - szepnęła Maisha, do brązowej. Dalej już byli cicho. Obserwowali bacznie walkę. Nagle, ktoś coś krzyknął i lwy stanęły. Stado Barafu zaczęło odchodzić. Poddali się?
"To w stylu mamy." - pomyślała niebieskooka.
------------------------------------------------------
*Mwen - skrót od słowa mwendawazimu, oznaczającego, szaleństwo.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rozdział 15 - "Nowa przyjaciółka"

Młoda wczepiła się kurczowo pazurami w grzbiet lwicy. Bała się. Co jeśli Vivulie zaatakują ponownie? Dwie nie poradzą sobie nawet na jedną! Samo miejsce przez które przechodziły napawały ją strachem. Hasira zaś milczała. Nie miały o czym mówić. Dopóki nie dojdą do Doliny. Nagle lwica stanęła. Przed nią malowały się dwa kamienne posągi, z oczami przez które przepływała lawa.
- Jesteśmy. - rzekła; Est zeszła z jej karku. - To tutaj.
- Po co stoją tu ONE? - zapytała niebieskooka, wskazując łapką na lwie figury.
- To strażnicy. Pozornie mylące kamienie. Ale one żyją. Spójrz. - po czym, przybliżyła się do owych strażników. Trzask. Marmur z którego były zrobione pękł. Ukazały się dwa niebieskie lwy. Na ich grzbietach sterczały długie włócznie z obsydianowym grotem.
- Kim jesteście? - zapytał jeden. Zmierzył obie zimnym, karcącym wzrokiem.
- Sainkami. - rzekła Hasira ze spokojem.
- Obie?
- Tak.
- A gdzie wasze znamiona?! - warknął drugi strażnik. Lwica ukazała swój pasek na grzbiecie oraz diament na czole. To było znamię dobra i zła; zło utożsamiane z wężem było owym paskiem, a dobro utożsamione z czymś co pozornie przypomina kropkę było diamentem.
- A u niej? - dopytywał się, patrząc trochę łaskawiej na małą. Ta zadrżała. Wskazała na swoje plamki pod lewym okiem i i łatę łączącą ucho z ów okiem. - Dobrze. PRZEPUŚCIĆ JE! - zawołał. Teraz dopiero Est zauważyła całą masę strażników w oddali. Wszyscy obdarzeni byli ciemnoniebieskim futrem i błękitnymi wzorami. Każdy posiadał również włócznię. Stali "na baczność" nawet ucho im nie drgnęło. Obie weszły w głąb korytarzu z roślin. Słońce oślepiło je na chwilę, a zaraz po tym ujrzały chyba najpiękniejszy widok w swoim życiu. Trawa rosła tam obficie, nawet największe lwy, wpadały po nią do ramion. Drzewa były wyjątkowe; kwiaty zarastały ponad liśćmi, a ze skał opadał lśniący wodospad (płynący od Wodnej Ziemi). Słowem, cud.
- Tu jest pięknie! - zawołała Est. Nagle podszedł do nich wielki, brązowy lew, o bursztynowych oczach i kakaowej grzywie. Za nim podążyła cała reszta lwów z Rajskiej Doliny.
- Witaj, Hasiro. - rzekł grobowym głosem ów lew.
- Witaj, Kosa. - odparła bez uczuć.
- Uważam, że do tej rozmowy nie będą nam potrzebne dzieci. - mruknął, patrząc ukradkiem na młodą. - Możesz gdzieś iść? - ta milczała. Nie wiedziała, gdzie. Nie znała tej ziemi.
- To może, ja ją oprowadzę? - zawołał pewien głos. Z tłumu wyszła brązowa lwiczka; na jej ogonie i pod oczami znajdowały się tygrysie pręgi, zaś na tułowiu posiadała szarawe cętki. Posiadała różowe oczy i karmelową grzywkę opadającą prawie na nos. Najbardziej intrygujący był mały, złoty kolczyk w jej uchu.
- Dobrze, Maisha. - zgodziła się Hasira.
- Tylko nie zbliżajcie się do granicy i niczego nie zmalujcie. - uśmiechnął się brązowy. Estrella podbiegła do owej lwicy. Odeszły od tłumu.
- Mam na imię Estrella. Ale wolę, żeby mówiono na mnie Est. - przedstawiła się niebieskooka. Nowo poznana młoda uśmiechnęła się i rzekła:
- A ja jestem Maisha. Wiesz już jaką mocą władasz?
- Mocą? O czym ty mówisz? - zapytała brązowa.
- Każdy lew ma swoją określoną moc. Ja na przykład kiedy jestem zła, wzrokiem niszczę kamienie, a jak smutna to wtedy pada deszcz... tylko, że akurat prosto na mnie. - wytłumaczyła jej.
- Ja jej jeszcze nie znam... - mruknęła. Zrobiło jej się gorąco, a na policzkach ukazały się szkarłatne rumieńce. Maisha zaśmiała się wesoło, po czym powiedziała:
- Lubię cię!
- Serio?
Jej nowa przyjaciółka posłała jej miły uśmiech.
----------------------------------------------------------------------
Maisha, to lwiątko które otrzymałam na konkurs od Hekimy 20. To jej głównie dedykuję ten rozdział, ale również wszystkim którzy czytają moje strasznie nudne opowiadanie. Dziękuję :)
I życzę wam mokrego dyngusa oraz wesołego Prima Aprilis !

piątek, 29 marca 2013

Rozdział 14 - "Pułapka"

UWAGA! Notka może być dla niektórych brutalna!
-------------------------------------------------------------------
Zrobiło jej się strasznie duszno. Dyszała. Serce biło jak oszalałe, pot spływał po czole i grzbiecie. Trafiła jakby do innego wymiaru. Wszystko okalał mrok. Krwawy blask padł ku ślepiom młodej, była to para oczu przepełnionych nienawiścią do ów, małej istoty.
- To twój koniec! - zaryczał cień.
- Kim jesteś? - zapytała brązowa.
- Myślisz, że uratujesz przede mną cały świat?! Ha! NIGDY! Ani teraz... ani w życiu po życiu, które dla ciebie nadejdzie... TERAZ! - wrzasnął. Rzucił się ku młodej. Gdyby nie orszak lśniących, białych lwów, które odepchnęły atak tajemniczego cienia. Jeden z nich krzyknął:
- Uciekaj!
- Ale gdzie? - padło pytanie brązowej lwiczki.
- Ona należy do Mabay'ego! - ryknął powalony przez białe lwy cień.
- NIE!!! - zapiszczała Est. Zniknęło. Wszystko. Była w jaskini, na Złej Ziemi. W uszach dudniło jej jedno zdanie: "Twoje dni są policzone!". Podeszła do Hasiry. Szturchnęła ją łapą.
- Co jest? - warknęła. - Masz jakiś szczególny powód, aby mnie budzić?
- Przyśnił mi się Mabaya... - odrzekła lwiczka.
- SŁUCHAM?! - krzyknęła złoziemka. - O nie, szybko wskakuj na mój grzbiet, musimy prędko opuścić ten teren. Teraz jedynym miejscem, w którym będziemy bezpieczni jest Rajska Dolina. - po tych słowach, wepchnęła brutalnie swoją podopieczną na barki, wybiegła tylnym wyjściem termitiery. Tam właśnie znajdowało się legowisko stada. Przywódczyni wydała z siebie najgłośniejszy ryk, na jaki było ją stać. Tym bardziej, że nie był to naturalny ryk. Na jego dźwięk zareagowały tylko lwice posiadające jakieś szczególne znaki na swym ciele. Wstawały one i jak zahipnotyzowane podążyły za Hasirą. Złoziemka pobiegła. Nie miała ani chwili do stracenia, Vivulie mogły się pojawić w każdej chwili. Zerknęła za siebie. Stado dotrzymywało jej kroku. Spojrzała w niebo. Było ciemne od skrzydeł sępów. Przyspieszyła. Do jej bacznych słuchów doszły szydercze śmiechy. Złoziemcy wbiegli do wąwozu. To była pułapka. Ze skał zeskakiwały czarne lwy i lwice. Otoczyły ich wszystkich. Nie było ani jednej drogi ucieczki.
- Puśćcie nas, a obejdzie się bez walki! - oznajmiła Hasira. Vivulie wyśmiały ją. Ich "generał" wyszedł z tłumu, zbliżył się do złoziemki.
- Nie zabijemy was tylko wtedy, kiedy oddacie mi TO! - wskazał łapą na małą Estrellę, która, ześlizgnęła się  z grzbietu opiekunki, drżąc ze strachu.
- NIGDY! - warknęła.
- Do ataku! - wydał rozkaz przywódca Vivuli. Demony zaryczały i rzuciły na niewielką grupę. Rozpoczęła się bitwa. Estrella skoczyła i ukryła się za kamieniem. Bała się. Tajemniczy, czarni wrogowie mieli przewagę liczebną nad zloziemcami. W duchu młoda modliła się, aby jej nie znaleźli. Przeliczyła się. Ujrzała cień. Nad nią stała Vivulia.
- Słodkich snów, dziecinko! - syknęła. Chwyciła pobliski kamień i uderzyła nim w głowę Est.
- NIE! - krzyknęła Hasira. Z furią rzuciła się na ową Vivulię. Rozpętało się piekło.
Niebieskooka ocknęła się. Wąwóz wyglądał jakby przeszedł przez niego pożar. A nawet gorzej.
- Och! - westchnął czyiś głos. - Już myślałam, że po tobie! - Est spojrzała. Była to Hasira.
- Co tu się stało? - wydukała młoda.
- Dobrze, że tego nie widziałaś. - powiedziała łamiącym się głosem lwica. Podeszła do ciała szarej. Jej pysk był najbardziej zakrwawiony ze wszystkich. Oczy przywódczyni zalały się kilkoma łzami. - Damu... moja najbliższa przyjaciółka... - szeptała. Brązowa zaś milczała. Wzruszyła się i rozkleiła. Jej opiekunka nie chciała dać po sobie poznać tego, że również ma uczucia. Otarła oczy łapą, po czym chwyciła Est. Położyła ją na swoim grzbiecie.
- Rajska Dolina jest już blisko. Tylko dwie godziny drogi. Gotowa? - zapytała. Ta kiwnęła łbem. Opuściły wąwóz i poszły dalej. Vivulie przestały je śledzić.
--------------------------------------------------------------------
Mam dla was dwie wiadomości, dobrą i złą.
Zła: Notki będą pojawić się rzadziej. To z braku weny i wolnego czasu...
Dobra: Kiedy na blogu będą trzy tysiące wyświetleń, zorganizuję kolejny konkurs!